Rano, Ignac który zna chyba wszystkich, których warto znać w Maumere, załatwił że autobus jadący do Laruntaki zajechał po mnie pod sam hotel. Maryla i Tomasz też mają już przez niego zorganizowany transport na lotnisko (lecą sobie skubaniutcy w luksusy do najlepszego hotelu w Makassar :)
Ja tez mam wszystko wyjaśnione tak dokładnie, że trafię do Lalmalery (wioski wielorybników) choćby z zamkniętymi oczami (zresztą bedzie to potrzebne, bo w Maumere zostawiłem swój rozpadający się przewodnik Lonely Planet - chyba znak, że czas powoli kończyć z Azją :).
Nadchodzi czas pożegnania z moimi polskimi współtowarzyszami.Dziękuję za wszystko. Za ten tydzień wspólnej włóczegi, za wspólne śmiechy i wspólne wysiłki. Za dobre rady i wsparcie... Mam nadzieję, że Sulawesi i Tajlandia zachwycą...
----
Już samotnie wsiadam na tylne siedzenie malutkiego autobusiku, który jedzie na wschód. Z kazdym km widać, że robi się biedniej i - jeśli to jeszcze możliwe - mniej turystycznie. W autobusie nie ma nie tylko żadnych białasów, ale nie ma też nikogo mówiącego choćby szczątkowym angielskim. Na szczęscie, mową gestów, dowiaduję się, że sasiad też płynie na Lembatę więc trzymam sie go jak rzep psiego ogona.
Bez większych przygód docieram do Laruntaki - miasteczka na samym wschodnim czubku Flores. Idę za moim "przewodnikiem", który wziął sobie rolę do serca, bo nawet zapłacił za mnie "wpisowe" przy wejściu do portu. Rozpytał się o statek do Lawo Leba i.. wskoczyliśmy na pokład.
Pływają tą trasą także speed boat, ale chciałem zobaczyć jak wygląda życie na legendarnych promach indonezyjskich ( z tych, co to się czasem słyszy w wiadomosciach, że zatonęły i setki ludzi... itp).
No widok promu budzi szacunek. Dla wieku statku głównie. Spróchniałe deski trzymają się głównie na farbie. Na dolnym pokładzie - gdzie zalegamy, stoją równiutkie rzędy ławek powoli zapełniające się lokalesami. Ku mojej uldze nie jedzie z nami żadna nierogacizna, ale z czasem ławki się zapełniają a wreszcie w przejście między ławkami wprowadzonych zostaje kilkanaście motorowerów (no to już wiadomo skąd te utonięcia, jak tu się ratować, gdy jedyne przejście zagracone motorkami).
Gorąco jest niemożebnie i modlę się powoli żeby ta krypa wreszcie ruszyła, bo bedzie wtedy jakiś przewiew. Nadal jestem jedynym białasem na pokładzie i nie ma wiekszych nadziei na dogadanie się po angielsku z kimkolwiek.
Na przystanku pośrednim mam okazję "podziwiać" organizację przy cumowaniu. Trzy stateczki podobne do nasszego pchają się na siebie i to tak skutecznie, że belka dziobowa tego drugiego łamie kawałek burty mojego promu.Nikt, poza doraźnym pokrzykiwaniem,z tego sobie nic nie robi i z taką złamaną deską wystającą z burty płyniemy sobie dalej ... :)
W samym Lawo Leba udaje mi się "dogadać" że autubusu do Lamalery już dzisiaj nie ma i mogę ewnetualnie zostać zawieziony na motorowerku. Ponieważ jednak dochodzi juz prawie piąta, to odpuszczam taką atrakcję, postanawiam przenocować w LL i dalej ruszyć dopiero jutro z rana.
Hotelik mam nawet nawet - z klimatyzacją, ale bez umywalki :)
Za to udaje się znaleźć jako taką kafejkę internetową i uaktualnić bloga, którego mam ciągle zapóźnionego.
Infrastruktura w tej kafejce oraz jej CTO na zawsze zostaną w mojej pamięci:)
Na koniec dnia zjadam bardzo smaczny obiad (nasi goreng i zupkę z klopsikami) w dodatku nawiązując bardzo sympatyczne kontakty z właścicielką tego przybytku :) Mają ubaw z białasa a ja mam ubaw z nich więc sympatycznie.
Na koniec dnia, w sklepiku obok kupuję zeszyt i długopisy, bo dalej pewnie więcej będzie porozumiewania sie po obrazkowemu niż po angielsku.
Spać - jutro autobus o 11:00 więc można odespać na zapas :)
Ja tez mam wszystko wyjaśnione tak dokładnie, że trafię do Lalmalery (wioski wielorybników) choćby z zamkniętymi oczami (zresztą bedzie to potrzebne, bo w Maumere zostawiłem swój rozpadający się przewodnik Lonely Planet - chyba znak, że czas powoli kończyć z Azją :).
Nadchodzi czas pożegnania z moimi polskimi współtowarzyszami.Dziękuję za wszystko. Za ten tydzień wspólnej włóczegi, za wspólne śmiechy i wspólne wysiłki. Za dobre rady i wsparcie... Mam nadzieję, że Sulawesi i Tajlandia zachwycą...
----
Już samotnie wsiadam na tylne siedzenie malutkiego autobusiku, który jedzie na wschód. Z kazdym km widać, że robi się biedniej i - jeśli to jeszcze możliwe - mniej turystycznie. W autobusie nie ma nie tylko żadnych białasów, ale nie ma też nikogo mówiącego choćby szczątkowym angielskim. Na szczęscie, mową gestów, dowiaduję się, że sasiad też płynie na Lembatę więc trzymam sie go jak rzep psiego ogona.
Bez większych przygód docieram do Laruntaki - miasteczka na samym wschodnim czubku Flores. Idę za moim "przewodnikiem", który wziął sobie rolę do serca, bo nawet zapłacił za mnie "wpisowe" przy wejściu do portu. Rozpytał się o statek do Lawo Leba i.. wskoczyliśmy na pokład.
Pływają tą trasą także speed boat, ale chciałem zobaczyć jak wygląda życie na legendarnych promach indonezyjskich ( z tych, co to się czasem słyszy w wiadomosciach, że zatonęły i setki ludzi... itp).
No widok promu budzi szacunek. Dla wieku statku głównie. Spróchniałe deski trzymają się głównie na farbie. Na dolnym pokładzie - gdzie zalegamy, stoją równiutkie rzędy ławek powoli zapełniające się lokalesami. Ku mojej uldze nie jedzie z nami żadna nierogacizna, ale z czasem ławki się zapełniają a wreszcie w przejście między ławkami wprowadzonych zostaje kilkanaście motorowerów (no to już wiadomo skąd te utonięcia, jak tu się ratować, gdy jedyne przejście zagracone motorkami).
Gorąco jest niemożebnie i modlę się powoli żeby ta krypa wreszcie ruszyła, bo bedzie wtedy jakiś przewiew. Nadal jestem jedynym białasem na pokładzie i nie ma wiekszych nadziei na dogadanie się po angielsku z kimkolwiek.
Na przystanku pośrednim mam okazję "podziwiać" organizację przy cumowaniu. Trzy stateczki podobne do nasszego pchają się na siebie i to tak skutecznie, że belka dziobowa tego drugiego łamie kawałek burty mojego promu.Nikt, poza doraźnym pokrzykiwaniem,z tego sobie nic nie robi i z taką złamaną deską wystającą z burty płyniemy sobie dalej ... :)
W samym Lawo Leba udaje mi się "dogadać" że autubusu do Lamalery już dzisiaj nie ma i mogę ewnetualnie zostać zawieziony na motorowerku. Ponieważ jednak dochodzi juz prawie piąta, to odpuszczam taką atrakcję, postanawiam przenocować w LL i dalej ruszyć dopiero jutro z rana.
Hotelik mam nawet nawet - z klimatyzacją, ale bez umywalki :)
Za to udaje się znaleźć jako taką kafejkę internetową i uaktualnić bloga, którego mam ciągle zapóźnionego.
Infrastruktura w tej kafejce oraz jej CTO na zawsze zostaną w mojej pamięci:)
Na koniec dnia zjadam bardzo smaczny obiad (nasi goreng i zupkę z klopsikami) w dodatku nawiązując bardzo sympatyczne kontakty z właścicielką tego przybytku :) Mają ubaw z białasa a ja mam ubaw z nich więc sympatycznie.
Na koniec dnia, w sklepiku obok kupuję zeszyt i długopisy, bo dalej pewnie więcej będzie porozumiewania sie po obrazkowemu niż po angielsku.
Spać - jutro autobus o 11:00 więc można odespać na zapas :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.