5.11 to dzień planowanego spotkania z "moimi" Australijczykami.
Można było zaoszczędzić na bateriach w telefonie, bo nie trzeba było nastawiać budzika - muezin, swoim Allah akhbar poderwał na nogi pół miasteczka (była 4 rano).
Spokojnym spacerkiem przeszedłem te 300 metrów dzielące hotel od wejścia na prom, ale zostałem stanowczo zawrócony przez Pana Polisianta celem nabycia biletów. Po zainwestowaniu 54tys Rp mogłem już legalnie przekroczyć progi indonezyjskiej jednostki pływającej. Najwyraźniej Indonezja zakupiła wiele takich samych modeli, bo ten na którym się okrętowałem nie różnił się praktycznie niczym od promu pływającego między Ampaną a Gorontalo na Sulawesi.
Tym też sposobem mogłem zgrywać doświadczonego wilka morskiego i z wyższością traktować obsługę, która usiłowała wskazywać mi drogę. Zdałem sobie sprawę, że trochę jednak pobłądziłem, gdy w jednym z odwiedzanych pomieszczeń zastałem... koło sterowe. Nie wiem jak tam w Indo, ale generalnie pchanie się do sterówki bez pozwolenia jest raczej słabo widziane :) Zrejterowałem więc czym prędzej aż do BISINES KLAS (dopłacając $3).
W kabinie szybko stałem się centrum zainteresowania (na promie nie było żadnego innego białasa). Najpierw pojawiły się dziewczynki w wieku jakichś 15 lat, które zapytały grzecznie czy mogą zająć mi sekundę, bo potrzebują mnie do szkoły (dosł. "We need you for the school"). Zbaraniałem lekko, ale sie zgodziłem. Wyjęły więc... zeszyt do angielskiego oraz ustawiły telefon na nagrywanie i zaczęło się klasyczne przesłuchanie wg programu klasy którejśtam szkoły indonezyjskiej:
- Where are you from?
- What's your name?
itd.
w sumie to się zrobiło wesoło jak się dołączyła do rozmowy 8-letnia Rupii:
- Sir you are handsom!
(no cóż, nie mogłem się kłócić z dzieckiem :)
Gdy lekcja angielskiego z native speakerem dobiegła końca (miej Boże w opiece standardy językowe w Bimie skoro takich jak jak native'ów sobie wybierają :), dosiadł się kolejny "friend". Tu sprawa okazała się poważniejsza, bo Nico jest wykładowcą ekonomiina uniwerku w Bimie i płynłą studiować sytuację ekonominczą LabuanBajo. Z jakiegoś powodu uznał, że rozmowa ze mną poszerzy jego horyzotny ekonimiczne, bo chiał koniecznie poznać moje poglądy na ekonomięIndonezji.
Oczywiście trafił jak kulą w płot, bo do ekonomii mam awersję, ale co tam: tęga mina a la Tomasz Lis i zrobiłem mu wykład na ten temat. Co prawda uważny słuchacz mógł odnieść wrażenie, że wg moich teorii,sytuacja ekonomiczna kraju poprawi się natychmiast jak lokalni naciągacze przestaną windować ceny do 400% wartości i zadowolą się poziomem 150%.
Nico słuchał tych bzdur z mądrą miną i kiwając głową więc nowoczesna myśl ekonomincza a la Kedas się przyjęła.
Pół śpiąc, pół czytając (książka o gorylach w Kongo - może cel następnej wyprawy)dobujałem się bez dalszych przeszkód do LabuanBajo.
Miałem się tu spotkać z Marylą i Tomaszem,ale jak do tej pory na moje coraz bardziej rozpaczliwe sms proszące o podanie adresu hotelu nie było odpowiedzi. Musiałem gdzieś przeczekać i w ramach protestu przeciwko ryżowo-rybnej diecie rozsiadłem się w sympatycznej knajpce... włoskiej. Klimat mi od razu podpasował, bo widać było że towarzycho z całego świata, nurkowie i backpackerzy. Zjadłem super pizze. Pogapiłem sie na port. Aż wreszcie straciłem nadzieję na zobaczenie moich współtowarzyszy i postanowiłem wynająć pokój nad restauracją.
... oczywiście dokładnie moment, w którym zrzuciłem plecak z ramion na łóżko,wybrała sobie Maryla zeby zadzwonić i powiedzieć.... że dotarli do LabuanBajo i są w hotelu 100m dalej
No to plecak na plecy, jakies niewyraźne tłumaczenie do pani recepcjonistki i w kierunku nowego hotelu.
Na ulicy nastąpiło wielkie polsko-australijskie spotkanie i od tej pory na następne 5 dni zawiązał się polsko-australijski zespół eksploracji Flores.
Dla przypeczętowania spotkania poszliśmy... do włoskiej restauracji, którą przed chwilą opuściłem. Po bardzo miłym obiedzie (no,ja już tylko na piwku jechałem) postanowilismy poszukać Jeszcze Lepszej Restauracji o nazwie Mata Hari. Generalnie nie byloby to jakoś wielce trudne, ale w pewnym momencie w całym mieście zgasły wszystkie światła i zaczął się wyścig naszych zdolności poszukiwawczych a pojemności baterii w iPhonie, którym sobie przyświecaliśmy żeby nóg nie połamać w dziurach, których na ulicy i chodnikach LabuanBajo nie brakuje...
Udało się, i w kompletnych ciemnościach wypilismy kolejne piwko a potem już w patio naszego hotelu raczyliśmy się winkiem przywiezionym przez Tomasza zAustralii (pycha). W dodatku zakupilismy lokalne lampki na wino, więc było wieeelce kulturalnie.
Dobranoc!
Można było zaoszczędzić na bateriach w telefonie, bo nie trzeba było nastawiać budzika - muezin, swoim Allah akhbar poderwał na nogi pół miasteczka (była 4 rano).
Spokojnym spacerkiem przeszedłem te 300 metrów dzielące hotel od wejścia na prom, ale zostałem stanowczo zawrócony przez Pana Polisianta celem nabycia biletów. Po zainwestowaniu 54tys Rp mogłem już legalnie przekroczyć progi indonezyjskiej jednostki pływającej. Najwyraźniej Indonezja zakupiła wiele takich samych modeli, bo ten na którym się okrętowałem nie różnił się praktycznie niczym od promu pływającego między Ampaną a Gorontalo na Sulawesi.
Tym też sposobem mogłem zgrywać doświadczonego wilka morskiego i z wyższością traktować obsługę, która usiłowała wskazywać mi drogę. Zdałem sobie sprawę, że trochę jednak pobłądziłem, gdy w jednym z odwiedzanych pomieszczeń zastałem... koło sterowe. Nie wiem jak tam w Indo, ale generalnie pchanie się do sterówki bez pozwolenia jest raczej słabo widziane :) Zrejterowałem więc czym prędzej aż do BISINES KLAS (dopłacając $3).
W kabinie szybko stałem się centrum zainteresowania (na promie nie było żadnego innego białasa). Najpierw pojawiły się dziewczynki w wieku jakichś 15 lat, które zapytały grzecznie czy mogą zająć mi sekundę, bo potrzebują mnie do szkoły (dosł. "We need you for the school"). Zbaraniałem lekko, ale sie zgodziłem. Wyjęły więc... zeszyt do angielskiego oraz ustawiły telefon na nagrywanie i zaczęło się klasyczne przesłuchanie wg programu klasy którejśtam szkoły indonezyjskiej:
- Where are you from?
- What's your name?
itd.
w sumie to się zrobiło wesoło jak się dołączyła do rozmowy 8-letnia Rupii:
- Sir you are handsom!
(no cóż, nie mogłem się kłócić z dzieckiem :)
Gdy lekcja angielskiego z native speakerem dobiegła końca (miej Boże w opiece standardy językowe w Bimie skoro takich jak jak native'ów sobie wybierają :), dosiadł się kolejny "friend". Tu sprawa okazała się poważniejsza, bo Nico jest wykładowcą ekonomiina uniwerku w Bimie i płynłą studiować sytuację ekonominczą LabuanBajo. Z jakiegoś powodu uznał, że rozmowa ze mną poszerzy jego horyzotny ekonimiczne, bo chiał koniecznie poznać moje poglądy na ekonomięIndonezji.
Oczywiście trafił jak kulą w płot, bo do ekonomii mam awersję, ale co tam: tęga mina a la Tomasz Lis i zrobiłem mu wykład na ten temat. Co prawda uważny słuchacz mógł odnieść wrażenie, że wg moich teorii,sytuacja ekonomiczna kraju poprawi się natychmiast jak lokalni naciągacze przestaną windować ceny do 400% wartości i zadowolą się poziomem 150%.
Nico słuchał tych bzdur z mądrą miną i kiwając głową więc nowoczesna myśl ekonomincza a la Kedas się przyjęła.
Pół śpiąc, pół czytając (książka o gorylach w Kongo - może cel następnej wyprawy)dobujałem się bez dalszych przeszkód do LabuanBajo.
Miałem się tu spotkać z Marylą i Tomaszem,ale jak do tej pory na moje coraz bardziej rozpaczliwe sms proszące o podanie adresu hotelu nie było odpowiedzi. Musiałem gdzieś przeczekać i w ramach protestu przeciwko ryżowo-rybnej diecie rozsiadłem się w sympatycznej knajpce... włoskiej. Klimat mi od razu podpasował, bo widać było że towarzycho z całego świata, nurkowie i backpackerzy. Zjadłem super pizze. Pogapiłem sie na port. Aż wreszcie straciłem nadzieję na zobaczenie moich współtowarzyszy i postanowiłem wynająć pokój nad restauracją.
... oczywiście dokładnie moment, w którym zrzuciłem plecak z ramion na łóżko,wybrała sobie Maryla zeby zadzwonić i powiedzieć.... że dotarli do LabuanBajo i są w hotelu 100m dalej
No to plecak na plecy, jakies niewyraźne tłumaczenie do pani recepcjonistki i w kierunku nowego hotelu.
Na ulicy nastąpiło wielkie polsko-australijskie spotkanie i od tej pory na następne 5 dni zawiązał się polsko-australijski zespół eksploracji Flores.
Dla przypeczętowania spotkania poszliśmy... do włoskiej restauracji, którą przed chwilą opuściłem. Po bardzo miłym obiedzie (no,ja już tylko na piwku jechałem) postanowilismy poszukać Jeszcze Lepszej Restauracji o nazwie Mata Hari. Generalnie nie byloby to jakoś wielce trudne, ale w pewnym momencie w całym mieście zgasły wszystkie światła i zaczął się wyścig naszych zdolności poszukiwawczych a pojemności baterii w iPhonie, którym sobie przyświecaliśmy żeby nóg nie połamać w dziurach, których na ulicy i chodnikach LabuanBajo nie brakuje...
Udało się, i w kompletnych ciemnościach wypilismy kolejne piwko a potem już w patio naszego hotelu raczyliśmy się winkiem przywiezionym przez Tomasza zAustralii (pycha). W dodatku zakupilismy lokalne lampki na wino, więc było wieeelce kulturalnie.
Dobranoc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.