wtorek, 12 listopada 2013

Z LeboLewa do Lamalera, wioski wielorybników

Rano popracowałem nad blogiem więc przeszedłem się znowu do kafejki. Lokalesi pomogli mi obudzić właściciela (śpi wewnątrz tego przybytku i chyba zabalował). Wszystko się udało ściągnąć. Złe i dobre wieści spłynęły więc można ruszać dalej...

Na dzień dobry mam wieści, że autobus nie nadjedzie o 11:00 i że MOŻE będzie o 12:00. Postanawiam zatem spróbować jazdy na tylnym siedzeniu motorowerka (czyli po tutejszemu - wziąć ojek). Ojek pojawia się za niedługo.Ustalamy cenę na 15USD (za 3 godziny jazdy to wydaje się OK), plecak na plecy, torbę na ramię i siadam za kolegą kierowcą.

Motorek jest całkiem dzielny i mimo nadprogramowego ciężaru daje sobie dzielenie rade na wszystkich górkach. Drogi praktycznie nie ma. Czasem jest trochę asfaltu, ale częściej tylko jego resztki na środku i dziurawa polna droga dookoła.
Kierowca jest uważny i jakoś tam posuwamy się do przodu. Chociaż po drugiej godzinie już mnie wszystko boli i tylko wizja rychłego końca powstrzymuje mnie od błagań o przystanek.

Dojeżdżamy do Lamalery.
Fantastyczne miejsce. W ogródkach widać kości wielorybów, malutka plaża, łodzie we własnychy "domkach", bardzo przyjaźni ludzie.
Początkowo ląduje "U Abla", ale po rekonesansie przenoszę się do "Garu Ben", bo właścicielka mówi trochę po angielsku, ma fajniejszy widok na port, jest tu chłodniej i podobno gościgrupę Czechów, z którymi może uda się jutro zmontować wspólny wypad na wieloryby.

Poszedłem się wykąpać na plażę. Fantastyczna woda i nie ma to jak się trochę ochlodzić :) Lokalesowe dzieciaki oczywiscie musiały skorzystać z okazji z kąpieli z białasem i w efekcie było super śmiesznie. Skoki, nurki itd. W końcu jeden najśmielszy poprosił o moje okulary pływackie i dopiero się zaczęły popisy :)

W czasie odpoczynku przypłynęła łódź z Czechami. Byli w łódce 11h. Złapali w tym czasie 6 delfinów. Wszystko na harpun. Dość niesamowicie wyglądały te delfiny wynoszone z łódki. Nie wiem co to za gatunek - całkiem czarne jakieś.

Wieczor bardzo miło z Czechami spedzony. Oczywiscie przy piwku :) Ekipa była na Alor (nastepna wyspa na wschód) i opowiadaja cuda o miejscach nurkowych, życzliwości ludzi... Hmm, może ta Azja jeszcze coś i mi pokaże w przyszłości :)
Okazało się, że Czesi to trójka lekarzy. Mówią, że ich znajoma rok temu w tym samym miejscu gdzie siedzimy złapała malarie... No a moje Malarone w domu w Polsce spokojnie leży zgodnie z radami dr Meyera :)

Rano wypływam na połów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.