Po kurczakowo arakowym wstrząsie wieczorem zapadła jednogłośna decyzja: "chrzanić wschód słońca na Kelimutu. Jeziora i tak wyglądają najlepiej w pełnym słońcu":)
Nagi gdzieś znowu zabalował więc zostawiłem mu w drzwiach karteczkę "Wyruszamy o 7:30" i... spać.
Rano poznaliśmy sympatyczną parę: on Amerykanin na emeryturze,mieszkający na Bali i ona - Francuzka, uwielbiająca SA Asia i podróżująca z nim za każdym razem, gdy przyjeżdża w te okolice. Bardzo polecali wysepkę Kanawa obok Komodo, a że jest to także rekomendacja koleżanki Anny Ż. :), to pewnie w końcu się zdecyduję... (bambusowe chatki, rafa wokoło... 24USD za bungalow - żyć nie umierać).
podjechaliśmy na szczyt Kelimutu i... pięknie tu kurcze. Nie będę się silił na opisy przyrody (każdy kto czytał "Nad Niemnem" wie, że takie części się opuszcza) więc jak już będę miał sensowne łącze, to włożę tu zdjęcia. Na razie dość powiedzieć, że jeziorka są rzeczywiście kolorowe: jedno głęboko turkusowe, drugie seledynowe a trzecie prawie czarne.
Ludzi nie było prawie wcale więc można się było spokojnie ponapawać tym pięknem, poprzełazić przez barierki i w ogóle pokontemplować.
Dodatkową atrakcją ścieżki na Kelimutu są małpki, które stadami podchodzą i patrzą czy coś im z rąk turystów nie skapnie...
Ciągle obrażony Nagi ruszył z namido Maumere.
To już ostatni etap naszej podróży we trójkę. Jutro się rozdzielimy i Maryla z Tomaszem polecą na Sulawesi a ja będę cisnął dalej na wschód - na wyspę Lembata, do wielorybów :)
(próbowałem się skontaktować z Nico - naszym przewodnikiem z Rantepao - żeby zorganizował moim przyjaciołom eskapadę z Makasar do Tana Toraja, ale nie odpowiadał... Będą musieli sami się rozejrzeć...
Po drodze do Maumere przystanek wypadł przy jakiejś tam plaży. Nadzwyczajna nie była, ale po pierwsze: dało się wykąpać i to było błogosławieństwo; a po drugie: czekanie na jakieś jedzonko było tak długie, że zdążyłem się wykąpać dwa razy :)
Po południu dotarliśmy do Maumere i wbiliśmy się do bardzo sympatycznego hoteliku na samej plaży, przy drodze na Larantukę. Właściciel - Ignac - okazał sie bardzo sympatyczny i towarzyski. Nie tylko zawiózł nas do jedynej czynnej restauracji w mieście (niedziela - Flores jest katolicka i traktuje ten dzień bardzo poważnie), ale też zaprosił na wieczór na jedno z przyjęć pierwszej komunii, jakie się odbywały w tym miescie akurat dzisiaj.
Golden Fish okazała się bardzo sympatyczną chińską restauracją na tyłach jakiegoś sklepu (mijasz, stojący motocykl, półki z materiałami wykończenia wnętrz, obok baseników z żywymi rybami, po schodkach na górę... i już prawie jesteś przy stoliku :). Z ciotką spałaszowaliśmy prawie 1.5kg ryby z grilla. Niesamowicie smakowała. Do tego kwiaty papai, pomidorki, makaron, ryżyk... No naprawdę uczta na koniec :)
W GF była też jakaś tam wifi. Dzięki temu pogadałem na skype z dziecmi (fajna jednak ta technologia :).Dowiedziałem się też o tym piekielnym huragania, który zabił tysiące na Filipinach i zmierzał w stronę Laosu. Starałem się być jak system wczesnego ostrzegania - mam nadzieję, że wszystko tam będzie dobrze.
Po kolacji, zatankowanie milionów w bankomacie (1USD - 10 tys Rupii) i w drogę z Ignacem, jego żoną i najmłodszym synem Erykiem (dzieci katolickie zawsze mają 1st imie po jakimś świętym) pojechaliśmy na komunię.
Przyjęcie komunijne odbywało się w przyszkolnym budynku, bo mama "komunistki" jest nauczycielem - koleżanką z pracy żony Ignaca. Sama uroczystość trwa od wczoraj - w samym Maumere 1. komunię przyjmuje dziś 400 dzieci. Dorośli krążą między przyjęciami, bo wypada się pojawić u kazdego członka rodziny i bliższego przyjaciela. A że rodziny niemałe (średnio ok 5-6 dzieci) a przyjaciół też sporo, to taki Ignac miał do odwiedzenia 17 przyjęć dzisiaj.
Na przyjęciu, komunistka siedzi pod olbrzymim okolicznościowym zdjęciem przedstawiającym ją samą i jej siostry. Ubrana jest jak księżniczka i przyjmuje gratulacje i błogosławieństwa od gości - dodatkowo dostaje kopertki z jakąś wkładką. Od nas też :)
Komunię bierze się w wieku 11 lat (to także koniec szkoły podstawowej), bo istniały obawy, że mając komunię w wieku 8 lat, rodzice się tak wykosztują na przyjęcie, że dziecko już nie będzie kontynuowało nauki ("Zastaw się a postaw się" po indonezyjsku).
Rodzice byli zadowoleni z wizyty białasów. Mama jest nauczycielką angielskiego więc konwersacja się udawała.Zostaliśmy obowiązkowo nakarmieni. Ja zrobiłem serwis fotograficzny rodziny (dostałem maila i przykazanie, że mam wysłać zdjęcia). Pogaworzyliśmy trochę. Tańcow niestety nie było więc zwinęliśmy się po niecałej godzince do hotelu.
Przy Bintangu i coli oraz wgapianiu się w gwiazdy nad plażą minął ostatni wieczór w Maumere...
Nagi gdzieś znowu zabalował więc zostawiłem mu w drzwiach karteczkę "Wyruszamy o 7:30" i... spać.
Rano poznaliśmy sympatyczną parę: on Amerykanin na emeryturze,mieszkający na Bali i ona - Francuzka, uwielbiająca SA Asia i podróżująca z nim za każdym razem, gdy przyjeżdża w te okolice. Bardzo polecali wysepkę Kanawa obok Komodo, a że jest to także rekomendacja koleżanki Anny Ż. :), to pewnie w końcu się zdecyduję... (bambusowe chatki, rafa wokoło... 24USD za bungalow - żyć nie umierać).
podjechaliśmy na szczyt Kelimutu i... pięknie tu kurcze. Nie będę się silił na opisy przyrody (każdy kto czytał "Nad Niemnem" wie, że takie części się opuszcza) więc jak już będę miał sensowne łącze, to włożę tu zdjęcia. Na razie dość powiedzieć, że jeziorka są rzeczywiście kolorowe: jedno głęboko turkusowe, drugie seledynowe a trzecie prawie czarne.
Ludzi nie było prawie wcale więc można się było spokojnie ponapawać tym pięknem, poprzełazić przez barierki i w ogóle pokontemplować.
Dodatkową atrakcją ścieżki na Kelimutu są małpki, które stadami podchodzą i patrzą czy coś im z rąk turystów nie skapnie...
Ciągle obrażony Nagi ruszył z namido Maumere.
To już ostatni etap naszej podróży we trójkę. Jutro się rozdzielimy i Maryla z Tomaszem polecą na Sulawesi a ja będę cisnął dalej na wschód - na wyspę Lembata, do wielorybów :)
(próbowałem się skontaktować z Nico - naszym przewodnikiem z Rantepao - żeby zorganizował moim przyjaciołom eskapadę z Makasar do Tana Toraja, ale nie odpowiadał... Będą musieli sami się rozejrzeć...
Po drodze do Maumere przystanek wypadł przy jakiejś tam plaży. Nadzwyczajna nie była, ale po pierwsze: dało się wykąpać i to było błogosławieństwo; a po drugie: czekanie na jakieś jedzonko było tak długie, że zdążyłem się wykąpać dwa razy :)
Po południu dotarliśmy do Maumere i wbiliśmy się do bardzo sympatycznego hoteliku na samej plaży, przy drodze na Larantukę. Właściciel - Ignac - okazał sie bardzo sympatyczny i towarzyski. Nie tylko zawiózł nas do jedynej czynnej restauracji w mieście (niedziela - Flores jest katolicka i traktuje ten dzień bardzo poważnie), ale też zaprosił na wieczór na jedno z przyjęć pierwszej komunii, jakie się odbywały w tym miescie akurat dzisiaj.
Golden Fish okazała się bardzo sympatyczną chińską restauracją na tyłach jakiegoś sklepu (mijasz, stojący motocykl, półki z materiałami wykończenia wnętrz, obok baseników z żywymi rybami, po schodkach na górę... i już prawie jesteś przy stoliku :). Z ciotką spałaszowaliśmy prawie 1.5kg ryby z grilla. Niesamowicie smakowała. Do tego kwiaty papai, pomidorki, makaron, ryżyk... No naprawdę uczta na koniec :)
W GF była też jakaś tam wifi. Dzięki temu pogadałem na skype z dziecmi (fajna jednak ta technologia :).Dowiedziałem się też o tym piekielnym huragania, który zabił tysiące na Filipinach i zmierzał w stronę Laosu. Starałem się być jak system wczesnego ostrzegania - mam nadzieję, że wszystko tam będzie dobrze.
Po kolacji, zatankowanie milionów w bankomacie (1USD - 10 tys Rupii) i w drogę z Ignacem, jego żoną i najmłodszym synem Erykiem (dzieci katolickie zawsze mają 1st imie po jakimś świętym) pojechaliśmy na komunię.
Przyjęcie komunijne odbywało się w przyszkolnym budynku, bo mama "komunistki" jest nauczycielem - koleżanką z pracy żony Ignaca. Sama uroczystość trwa od wczoraj - w samym Maumere 1. komunię przyjmuje dziś 400 dzieci. Dorośli krążą między przyjęciami, bo wypada się pojawić u kazdego członka rodziny i bliższego przyjaciela. A że rodziny niemałe (średnio ok 5-6 dzieci) a przyjaciół też sporo, to taki Ignac miał do odwiedzenia 17 przyjęć dzisiaj.
Na przyjęciu, komunistka siedzi pod olbrzymim okolicznościowym zdjęciem przedstawiającym ją samą i jej siostry. Ubrana jest jak księżniczka i przyjmuje gratulacje i błogosławieństwa od gości - dodatkowo dostaje kopertki z jakąś wkładką. Od nas też :)
Komunię bierze się w wieku 11 lat (to także koniec szkoły podstawowej), bo istniały obawy, że mając komunię w wieku 8 lat, rodzice się tak wykosztują na przyjęcie, że dziecko już nie będzie kontynuowało nauki ("Zastaw się a postaw się" po indonezyjsku).
Rodzice byli zadowoleni z wizyty białasów. Mama jest nauczycielką angielskiego więc konwersacja się udawała.Zostaliśmy obowiązkowo nakarmieni. Ja zrobiłem serwis fotograficzny rodziny (dostałem maila i przykazanie, że mam wysłać zdjęcia). Pogaworzyliśmy trochę. Tańcow niestety nie było więc zwinęliśmy się po niecałej godzince do hotelu.
Przy Bintangu i coli oraz wgapianiu się w gwiazdy nad plażą minął ostatni wieczór w Maumere...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.