czwartek, 7 listopada 2013

Routeng do Bajawa

Pobudka była dość wcześnie, bo pierwszym punktem dnia miało być wejście na wzgórze widokowe ponad Routeng.
Okazało sie, że górka jest w istocie cmentarzem katolickim, na szczycie którego jest kapliczka maryjna a sama ścieżka na szczyt jest... drogą krzyżową.
Chcąc nie chcąc odbyliśmy trasę pokutną i... to była chyba największa atrakcja tego spaceru, bo widok z góry nie powalał. Był OK, ale nie jakiś obłędny.

Dalej odwiedziliśmy tradycyjną wioskę.Wizyta trwała... 10 minut.
Całość wioski to plac o średnicy jakichś 15m ze stosem płasko ułożonych kamieni na środku. Stos ten to ołtarz ofiarny, na którym - w myśl zasady "chrześcijaństwo chrześcijaństwem a odwieczna ofiara być musi" - składa się ofiary ze zwierząt ku pamięci przodków.
Tyle wyczytaliśmy z przewodnika, bo samo miejsce wygląda jak stos kamieni, który można obejść wokół a charakteru religijnego ciężko się doszukać spod śmieci zalegających teren.
Może zresztą jest to ewolucja kulturowa: ofiara z puszki coca-coli zamiast zabicia kurczaczka... Ciekawe tylko co szanowni przodkowie na to :)

Dalsza droga do Bajawa przebiegła już tradycyjnie, czyli co 10sek zakręt, przystanek na jakieś jedzonko i dojazd do miasteczka. Hotel nazywał się bardzo optymistycznie: "Happy Happy" a jego managerem był Alfons (łatwo się domyśleć jakich podejrzeń nabraliśmy co do charakteru takiego obiektu :)

Popołudniowy spacerek po Bajawie zapoznał nas z kolejnym niczym się nie wyróżniającym indonezyjskim miasteczkiem. Na swoje konto muszę zapisać kolejną lokalną fryzjerkę, która nie dała się namówić na strzyżenie mojej czaszki. Plusem było znalezienie knajpki "U Lucasa", w której później zjedliśmy jedne ze smaczniejszych posiłków w Indonezji.

Później kopnęliśmy się do "hot springs". ciekawe miejsce. prawie puste o tej porze dnia. można się pokąpać albo w rzece albo w basenie - w obu miejscach woda ma ok 40st. Lekkiej niepewności można doznać widząc na brzegu rzeki/basenu tubylców, którzy pumeksami ścierają z siebie wierzchnią warstwę naskórka, ale wierząc w dezynfekujące właściwości wody wulkanicznej ryzykujemy... Kapiel jest naprawdę przyjemna po całym dniu w samochodzie i nawet da się trochę popływać w basenie oraz posiedzieć w nurcie mini-wodospadu. Jest to zresztą jedna z niewielu kąpieli, w których aby się ochłodzić trzeba... wyjść(!) z wody :)

Po powrocie do Bajawa idziemy na kolację do Lucasa. Zjadamy przy bardzo miłej obsłudze naprawdę smaczne i tanie jedzenie.Zupa tofu-tofu zamówiona przez Marylę jest super-smaczna a wszystki pozostałe rzeczy równie sympatyczne. Podlane to wszystko Bintangiem oraz arakiem z limonką i miodem tworzy bardzo miły wieczór.
Przy okazji staję się autorem skandalu towarzyskiego, bo wracajac na sale z kuchni/toalety (swoją drogą połączenie tych dwóch ról w jednym pomieszczeniu jest lekko szokujące :) wystraszyłem stojącą w drzwiach kelnerkę, która już do końca wieczoru zerkała na mnie podejrzliwie :)

Powrót do hotelu i spać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.