Naprawde polecam wizytę w Lamalera.
Miejsce ciągle jeszcze nieskażone turystyką (wg książki wpisów, bylem 70 turystą w tym roku - tyle co nic) a można przeżyć niespotykane chwile z łowcami wielorybów. I to nie jakiś turystyczny show, ale realny rejs z ludźmi, którzy w ten sposób zdobywają jedzenie dla wioski (kazdy połów idzie do podziału na całą wieś) oraz towar na wymianę (ciągle jeszcze trwa wymiana baterowa między Lamalera a sąsiednimmi wioskami: "my wam mięso delfina a wy nam ryż..."). NIe ma więc w tym ściemy.
Skutek uboczny jest taki, że nie wiesz kiedy wrócisz z morza. Generalnie wraca się wtedy gdy albo nie ma szans na połów albo kończy się paliwo. Równie dobrze możesz być po 6h a możesz i po 24h...
O godzinie 6:30 schodzi się na plaże. Rybacy układają w łodzi liny wraz z hakami harpunów a potem solidarnie zabierają się do pchania łodzi po palach na wodę (w czym oczywiście wypada pomóc). Łódz jest otwarta, ma jakiś silnik, ale widać też wiosła na wszelki wypadek. Razem ze mną jest 10 osób.
Na początek zasuwamy prosto w otwarte morze przez jakieś 3h. Cały czas na dziobie stoi czatownik, który wypatruje delfinów, wielorybów, mant i co tam jeszcze nadaje się do upolowania.Facet ma niesamowity zmysł równowagi, bo łódź skacze na falach a ten sobie spokojnie stoi jakby nigdy nic...
Wypatrzyliśmy stadko delfinów i zaczyna się zabawa. Czatownik przymocowuje hak harpuna do bambusowej tyki i usiłujemy się zbliżyć do zwierząt na tyle żeby dało się jakieś trafić..,
W tym momencie spada monsunowy deszcz... i to jaki. Nie ma mowy o robieniu zdjęć kurcze :(
Z drugiej strony, może dzięki temu słońce nie spali mnie doszczętnie...
Bliskie delfiny trafia się z łodzi, udarzając harpunem. Potem wszyscy do liny i wciąga się łup na pokład, gdzie dostaje po głowie drewnianym tłuczkiem co kończy jego męki.
Dalsze delfiny no i .... pilot whale (czyli nieduży, 6-metrowy wieloryb) są trafiane w taki sposób, że czatownik rzuca się w morze z harpunem przed sobą i całym ciężarem ciała wbija hak w ofiarę.
No ten wielorybek to potrafił skubany pociągnąć. Łódź płynęła dużo szybciej niż na silniku. wyciąganie trwało chyba ze 2h - ofiara została przymocowana do burty łodzi, bo nie było oczywiście szans na wciągnięcie jej do środka (a podobno największe łapane wieloryby mają tu ok 20m i trzeba je mocować do 2 albo trzech łodzi).
Przez chwilę ma się taki dylemat moralny, bo takie ładne te delfinki itd. Ale z drugiej strony wiesz, że to nie dla zabawy czy ku uciesze czyjejś a realnie dla jedzenia to robią więc jakoś łatwiej się z tym pogodzić. Zwłaszcza, że nie męczą zwierzaków niepotrzebnie. Zabijają tak szybko jak mogą.
Widać, że humor w załodze znacznie poprawiony. Mimo deszczu palą swoje papieroski (nie żadeń tytoń tylko jakieś korzonki/mech zawinięty w tutkę z łyka palmowego) i gadają jak najęci. Częstują i mnie, ale jakoś nie mam ochoty... :)
Wracamy powoli do brzegu. Dookoła pełno latających ryb. Pierwszy raz w życiu widzę to dziwo - nagle jakby ptak wyskakuje z wody i leci dobre kilkadziesiąt metrów zanim wpadnie w fale i tyle go widać. Zmyślne toto :)
Na plaży czeka pół wioski. Ciemno przez ten deszcz jak w nocy. Chociaż przestaje padać na tyle, że zrobiłem pare fotek. No wielorybek i delfiny prezentują się na piasku dość smutno, ale okazale i będą mieli ludzie co jeść...
Co do mnie to czas na prysznic i... łapię ojek'a do Lawo Leba żeby jutro już być na promie.
Za cały pobyt u Guru Ben płacę raptem 8USD (łóżko plus jedzonko na śniadanie i kolacje). Niesamowite. Właściciela baaaardzo serdeczna.Mówi trochę po angielsku. Prosiła żebym polecał jej miejsce i czystym sercem to robię: jechać do Lamalery, zostać u Guru Bens' i doświadczyć polowania zanim zawita tu turystyka...
---
droga na tylnym siedzeniu motorowerku przez 3h w ciemnościach, deszczu, wąską dróżką przez dżunglę to przeżycie samo w sobie
Mateusz (szwagier Guru Ben'a) mówi całkiem dobrze po angielsku. Jest rybakiem z Lamalery, ale chce zarobić parę groszy (15USD) i wiezie mnie do LL a potem wraca do siebie.
Rozmawiamy trochę w czasie jazd o zwyczajach tutejszych:
- jak chcesz się ożenić, to musisz pannę młodą kupić przy pomocy kości słoniowej (czemu? choroba wie, bo słoni tu brak - ale taki właśnie obyczaj); młodzi powinni szybko stawiać dom a dopóki mieszkaja z teściami, to mają gotować oddzielnie dla siebie :)
- dzieci wszystkie już umieją czytac i pisać, ale za edukację, nawet primary się płaci
- rozwody są niemożliwe
- z tych 15usd, które dałem za rejs łodzią, każdemu przypadnie równa część a właścicielowi łodzi 3 części (występuje on w trzech "osobach": łódź, silnik, benzyna); za te ~1USD, każdy z nich bedzie mógł kupić kilo ryżu co pozwoli na posiłek dla całej rodziny
Całkowicie przemoczonego, Mateusz dowozi mnie do LL do tego samego hotelu jaki opuściłem dwa dni wcześniej. Z sympatii daje mu 5USD górką - dla mnie nie majątek a jemu się na pewno przyda. Sympatyczny człowiek. Mówi,że chętnie robi za przewodnika po Lamalera. Polecam. Kontakt przez właścicieli Guru Ben's House.
Jeszcze tylko wizyta w moim zaprzyjaźnionym warungu na rosołek z klopsikami (za 20 centów!!!!) - pycha i rozgrzewka :) Flaszka bintanga do pokoju i padam jak ścięty - jednak te 8h na morzu zrobiło swoje. Czuje, że mimo długich rękawów, spodni, czapki i zasłaniania twarzy drugą koszulką, słońce opaliło co chciało i jestem w różnych miejscach całkiem różowiutki :)
Miejsce ciągle jeszcze nieskażone turystyką (wg książki wpisów, bylem 70 turystą w tym roku - tyle co nic) a można przeżyć niespotykane chwile z łowcami wielorybów. I to nie jakiś turystyczny show, ale realny rejs z ludźmi, którzy w ten sposób zdobywają jedzenie dla wioski (kazdy połów idzie do podziału na całą wieś) oraz towar na wymianę (ciągle jeszcze trwa wymiana baterowa między Lamalera a sąsiednimmi wioskami: "my wam mięso delfina a wy nam ryż..."). NIe ma więc w tym ściemy.
Skutek uboczny jest taki, że nie wiesz kiedy wrócisz z morza. Generalnie wraca się wtedy gdy albo nie ma szans na połów albo kończy się paliwo. Równie dobrze możesz być po 6h a możesz i po 24h...
O godzinie 6:30 schodzi się na plaże. Rybacy układają w łodzi liny wraz z hakami harpunów a potem solidarnie zabierają się do pchania łodzi po palach na wodę (w czym oczywiście wypada pomóc). Łódz jest otwarta, ma jakiś silnik, ale widać też wiosła na wszelki wypadek. Razem ze mną jest 10 osób.
Na początek zasuwamy prosto w otwarte morze przez jakieś 3h. Cały czas na dziobie stoi czatownik, który wypatruje delfinów, wielorybów, mant i co tam jeszcze nadaje się do upolowania.Facet ma niesamowity zmysł równowagi, bo łódź skacze na falach a ten sobie spokojnie stoi jakby nigdy nic...
Wypatrzyliśmy stadko delfinów i zaczyna się zabawa. Czatownik przymocowuje hak harpuna do bambusowej tyki i usiłujemy się zbliżyć do zwierząt na tyle żeby dało się jakieś trafić..,
W tym momencie spada monsunowy deszcz... i to jaki. Nie ma mowy o robieniu zdjęć kurcze :(
Z drugiej strony, może dzięki temu słońce nie spali mnie doszczętnie...
Bliskie delfiny trafia się z łodzi, udarzając harpunem. Potem wszyscy do liny i wciąga się łup na pokład, gdzie dostaje po głowie drewnianym tłuczkiem co kończy jego męki.
Dalsze delfiny no i .... pilot whale (czyli nieduży, 6-metrowy wieloryb) są trafiane w taki sposób, że czatownik rzuca się w morze z harpunem przed sobą i całym ciężarem ciała wbija hak w ofiarę.
No ten wielorybek to potrafił skubany pociągnąć. Łódź płynęła dużo szybciej niż na silniku. wyciąganie trwało chyba ze 2h - ofiara została przymocowana do burty łodzi, bo nie było oczywiście szans na wciągnięcie jej do środka (a podobno największe łapane wieloryby mają tu ok 20m i trzeba je mocować do 2 albo trzech łodzi).
Przez chwilę ma się taki dylemat moralny, bo takie ładne te delfinki itd. Ale z drugiej strony wiesz, że to nie dla zabawy czy ku uciesze czyjejś a realnie dla jedzenia to robią więc jakoś łatwiej się z tym pogodzić. Zwłaszcza, że nie męczą zwierzaków niepotrzebnie. Zabijają tak szybko jak mogą.
Widać, że humor w załodze znacznie poprawiony. Mimo deszczu palą swoje papieroski (nie żadeń tytoń tylko jakieś korzonki/mech zawinięty w tutkę z łyka palmowego) i gadają jak najęci. Częstują i mnie, ale jakoś nie mam ochoty... :)
Wracamy powoli do brzegu. Dookoła pełno latających ryb. Pierwszy raz w życiu widzę to dziwo - nagle jakby ptak wyskakuje z wody i leci dobre kilkadziesiąt metrów zanim wpadnie w fale i tyle go widać. Zmyślne toto :)
Na plaży czeka pół wioski. Ciemno przez ten deszcz jak w nocy. Chociaż przestaje padać na tyle, że zrobiłem pare fotek. No wielorybek i delfiny prezentują się na piasku dość smutno, ale okazale i będą mieli ludzie co jeść...
Co do mnie to czas na prysznic i... łapię ojek'a do Lawo Leba żeby jutro już być na promie.
Za cały pobyt u Guru Ben płacę raptem 8USD (łóżko plus jedzonko na śniadanie i kolacje). Niesamowite. Właściciela baaaardzo serdeczna.Mówi trochę po angielsku. Prosiła żebym polecał jej miejsce i czystym sercem to robię: jechać do Lamalery, zostać u Guru Bens' i doświadczyć polowania zanim zawita tu turystyka...
---
droga na tylnym siedzeniu motorowerku przez 3h w ciemnościach, deszczu, wąską dróżką przez dżunglę to przeżycie samo w sobie
Mateusz (szwagier Guru Ben'a) mówi całkiem dobrze po angielsku. Jest rybakiem z Lamalery, ale chce zarobić parę groszy (15USD) i wiezie mnie do LL a potem wraca do siebie.
Rozmawiamy trochę w czasie jazd o zwyczajach tutejszych:
- jak chcesz się ożenić, to musisz pannę młodą kupić przy pomocy kości słoniowej (czemu? choroba wie, bo słoni tu brak - ale taki właśnie obyczaj); młodzi powinni szybko stawiać dom a dopóki mieszkaja z teściami, to mają gotować oddzielnie dla siebie :)
- dzieci wszystkie już umieją czytac i pisać, ale za edukację, nawet primary się płaci
- rozwody są niemożliwe
- z tych 15usd, które dałem za rejs łodzią, każdemu przypadnie równa część a właścicielowi łodzi 3 części (występuje on w trzech "osobach": łódź, silnik, benzyna); za te ~1USD, każdy z nich bedzie mógł kupić kilo ryżu co pozwoli na posiłek dla całej rodziny
Całkowicie przemoczonego, Mateusz dowozi mnie do LL do tego samego hotelu jaki opuściłem dwa dni wcześniej. Z sympatii daje mu 5USD górką - dla mnie nie majątek a jemu się na pewno przyda. Sympatyczny człowiek. Mówi,że chętnie robi za przewodnika po Lamalera. Polecam. Kontakt przez właścicieli Guru Ben's House.
Jeszcze tylko wizyta w moim zaprzyjaźnionym warungu na rosołek z klopsikami (za 20 centów!!!!) - pycha i rozgrzewka :) Flaszka bintanga do pokoju i padam jak ścięty - jednak te 8h na morzu zrobiło swoje. Czuje, że mimo długich rękawów, spodni, czapki i zasłaniania twarzy drugą koszulką, słońce opaliło co chciało i jestem w różnych miejscach całkiem różowiutki :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.