dzień dzisiejszy zaczął się od polowania ciotki na "the clapeck" - czyli mówiąc już po ludzku, postanowiła sobie kupić lepsze japonki
zresztą - wybiegając nieco w przyszłość - zaopatrzenie w klapki było mocnym punktem moich towarzyszy: Tomasz tak długo wybierał klapki, że w końcu zabrał z Australii każdy z innej pary - o czym się przekonał przy wchodzeniu na pierwszy z wulkanów :)
po owocnych zakupach załadowaliśmy się do auta i Nagi (nasz kierowca)zaczął kręcić kierownicą... A robic to musiał co chwilę przez następne parę godzin, bo droga szła po najmniejszej linii oporu oplatając wszystkie wypukłości gór przez, które jechaliśmy. Najdłuższy odcinek w linii prostej nie przekraczał chyba 10 sekund jazdy; lataliśmy zatem jak mądra myślw głowie blondynki: od ściany do ściany auta...
Oprócz przerwy na wciągnięcie jakiegoś zeschniętego kurczaka z ryżem i chili, to najciekawszy przystanek zrobiliśmy żeby zobaczyć "spider rice fields".
Normalne pola ryżowe są tarasami, na których rośliny dojrzewają w swoim rytmie. Okazuje się, że pola ryżowe położone na płaszczyźnie wymagają innych rozwiązań jeśli chodzi o doprowadzanie wody, stąd ukształotowanie poletek we wzór pajęczyny co wygląda dość malowniczo z pagórka, na który można się szybko wdrapać (uiściwszy bodaj $1 za oglądanie takiej niezwykłosci)
Dygresja: we wszelkich księgach meldunkowych Tomasz wpisuje siebie i nas pod różnymi ksywami: Hugo Kołłątaj, Menda Betlejemska (lat 80) itp. W końcu nie wytrzymałem i też zaistnielismy w jakiejś książce jako Norwid, Konopnicka i Sienkiewicz... :)
Z w/w pagórka schodziliśmy dość szybko bo zaczął lać deszcz i przybierał na sile z sekundy na sekundę. PRzerodził się w prawdziwe urwanie głowy i do Ruteng praktycznie dopłynęliśmy a nie dojechaliśmy.
Po drodze miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie. W czasie jazdy rozpętała się burza. Jeden z piorunów walnął w słup jakieś 3 metry przed samochodem. Wrażenie było takie, że wszyscy - łącznie z kierowcą - zastanawialiśmy się czy trafiło bezpośrednio w samochód.Maryla twierdzi, że widać było jak ów słup zrobił się momentalnie cały czerwony co by świadczyło, że jednak nie bezpośrednio w nas a tuż obok trafiło... W sumie, w różnych filmach, po tego typu wydarzeniu, ludzie nabierają jakichś mocy nadprzyrodzonych itp a tu... nic :)
Samo miasto okazało się dziurą jakich mało, w której nie ma absolutnie nic do zobaczenia.
W efekcie zrobilismy tylko rundke po centrum gubiac sie wzajemni co pare minut i wróciliśmy do hotelu. Wieczorkiem poszliśmy z naszym kierowcą na kolację...
Tak, Nagi (imię kierowcy) to niezły model. Generalnie rozgarnięty na tyle, żeby być całkiem niezłym kierowcą i dawać sobie sprawnie radę na tutejszych drogach. Jednocześnie jednak niesamowity miglanc, któremu się wiele nie chce robić i usiłuje kłamać i jęczeć za każdym razem, gdy mamy - w jego opinii - niepotrzebne fanaberie (np. hotel w którym nie śmierdzi benzyną albo wyjście o 4:00 na wulkan). No, ma pecha chłop, bo trafił na rogate polskie dusze i z urażoną miną w końcu się podporządkowuje... :)
<Skok w przyszłość> Okazało się, że Nagi, który dostał od firmy pieniądze, żeby płacić za nasze hotele, nie zapłacił w ani jednym :). Tłumaczył się szefowej - ba, tłumaczył! był święcie przekonany - że myśmy zapłacili :). Nie wiem jak zamierza sprawę załatwić - pewnie będzie płacił wracając przez Flores :)
Kolacja była dość przeciętna a główną atrakcje były dwie: kilogram smażonej wieprzowiny oraz lekko pijany Nagi, który obrazowo pokazywal co na Flores robi się z terrorystami (do te kategorii zaliczał zdaje się zresztą wszystkich muzułmanów). Generalnie wieprzowina była sympatyczna a Nagi nie.
zresztą - wybiegając nieco w przyszłość - zaopatrzenie w klapki było mocnym punktem moich towarzyszy: Tomasz tak długo wybierał klapki, że w końcu zabrał z Australii każdy z innej pary - o czym się przekonał przy wchodzeniu na pierwszy z wulkanów :)
po owocnych zakupach załadowaliśmy się do auta i Nagi (nasz kierowca)zaczął kręcić kierownicą... A robic to musiał co chwilę przez następne parę godzin, bo droga szła po najmniejszej linii oporu oplatając wszystkie wypukłości gór przez, które jechaliśmy. Najdłuższy odcinek w linii prostej nie przekraczał chyba 10 sekund jazdy; lataliśmy zatem jak mądra myślw głowie blondynki: od ściany do ściany auta...
Oprócz przerwy na wciągnięcie jakiegoś zeschniętego kurczaka z ryżem i chili, to najciekawszy przystanek zrobiliśmy żeby zobaczyć "spider rice fields".
Normalne pola ryżowe są tarasami, na których rośliny dojrzewają w swoim rytmie. Okazuje się, że pola ryżowe położone na płaszczyźnie wymagają innych rozwiązań jeśli chodzi o doprowadzanie wody, stąd ukształotowanie poletek we wzór pajęczyny co wygląda dość malowniczo z pagórka, na który można się szybko wdrapać (uiściwszy bodaj $1 za oglądanie takiej niezwykłosci)
Dygresja: we wszelkich księgach meldunkowych Tomasz wpisuje siebie i nas pod różnymi ksywami: Hugo Kołłątaj, Menda Betlejemska (lat 80) itp. W końcu nie wytrzymałem i też zaistnielismy w jakiejś książce jako Norwid, Konopnicka i Sienkiewicz... :)
Z w/w pagórka schodziliśmy dość szybko bo zaczął lać deszcz i przybierał na sile z sekundy na sekundę. PRzerodził się w prawdziwe urwanie głowy i do Ruteng praktycznie dopłynęliśmy a nie dojechaliśmy.
Po drodze miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie. W czasie jazdy rozpętała się burza. Jeden z piorunów walnął w słup jakieś 3 metry przed samochodem. Wrażenie było takie, że wszyscy - łącznie z kierowcą - zastanawialiśmy się czy trafiło bezpośrednio w samochód.Maryla twierdzi, że widać było jak ów słup zrobił się momentalnie cały czerwony co by świadczyło, że jednak nie bezpośrednio w nas a tuż obok trafiło... W sumie, w różnych filmach, po tego typu wydarzeniu, ludzie nabierają jakichś mocy nadprzyrodzonych itp a tu... nic :)
Samo miasto okazało się dziurą jakich mało, w której nie ma absolutnie nic do zobaczenia.
W efekcie zrobilismy tylko rundke po centrum gubiac sie wzajemni co pare minut i wróciliśmy do hotelu. Wieczorkiem poszliśmy z naszym kierowcą na kolację...
Tak, Nagi (imię kierowcy) to niezły model. Generalnie rozgarnięty na tyle, żeby być całkiem niezłym kierowcą i dawać sobie sprawnie radę na tutejszych drogach. Jednocześnie jednak niesamowity miglanc, któremu się wiele nie chce robić i usiłuje kłamać i jęczeć za każdym razem, gdy mamy - w jego opinii - niepotrzebne fanaberie (np. hotel w którym nie śmierdzi benzyną albo wyjście o 4:00 na wulkan). No, ma pecha chłop, bo trafił na rogate polskie dusze i z urażoną miną w końcu się podporządkowuje... :)
<Skok w przyszłość> Okazało się, że Nagi, który dostał od firmy pieniądze, żeby płacić za nasze hotele, nie zapłacił w ani jednym :). Tłumaczył się szefowej - ba, tłumaczył! był święcie przekonany - że myśmy zapłacili :). Nie wiem jak zamierza sprawę załatwić - pewnie będzie płacił wracając przez Flores :)
Kolacja była dość przeciętna a główną atrakcje były dwie: kilogram smażonej wieprzowiny oraz lekko pijany Nagi, który obrazowo pokazywal co na Flores robi się z terrorystami (do te kategorii zaliczał zdaje się zresztą wszystkich muzułmanów). Generalnie wieprzowina była sympatyczna a Nagi nie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.