dzisiaj w planie:
1. wejście na jeden wulkan
2. wizyta w dwóch wioskach
Alfons zjawił się rano punktualnie i powiódł nas leśną drogą na szczyt wulkanu. Obecnie wygasły, kilkanaście lat temu (bodaj 2002) zaskoczył okolicę swoim wybuchem.
Szło się całkiem przyjemnie, najpierw między zaroślami kawy, potem łąkami i sosno-podobnymi lasami porastającymi szczyt krateru (a raczej kraterów) wulkanu.
To właśnie w czasie tej trasy, Tomasz wpatrując się z namaszczeniem w swoje obuwie, dokonał odkrycia, że zabrał owszem lewy i prawy klapek tyle że każdy z innej pary. Tomaszowi to nie przeszkadzało, klapkom też więc poszli dalej razem z zgodzie :)
Maryla za to wykazywała iście głęboką wiarę w człowieka, konstruując coraz to dłuższe zdania po angielsku, pod kwiecistością których biedny Alfons coraz bardziej się uginał :)
I szliśmy tak sobie przez zupełnie przyjemny lasek, brzegami wulkanów, otoczeni zieloną wyspą... Jak jakaś Drużyna Pierścienia przez Shire :) Kto był elfem, kto krasnoludem a kto czarodziejem - historia rozstrzygnie :)
Świadom tego, że Marek chciał ode mnie w prezencie bryłkę siarki, spróbowałem zejść do wnętrza krateru,ale jaka taka ścieżka urywała sie w połowie zbocza a myśl o zjechaniu w sandałkach na dno krateru nie wydawała sie aż tak atrakcyjna i niestety poddałem się... Może mi Syn wybaczy.
Po spacerku, poszliśmy do drugiej knajpki w Bajawa - z litości nie wymienię nazwy - i to z kolei był jeden ze słabszych posiłków na całej trasie.Dość powiedzieć, że tuż po podaniu "zupy tofu" kucharze skapowali się, że... zapomnieli dodać warzyw (w efekcie podali gorącą wodę z pokrojnym w kostkę tofu :)
Przyjemnym akordem na koniec dnia była wizyta w dwóch "tradycyjnych wioskach". Obie wioski składają się z bardzo prymitwnych drewnianych chat, malutkich chateczek-pomników symbolizujących sakralność męską i żeńską (hardcore był taki, że w fundamentach każdej chatki zamurowuje się żywcem kurczaka, psa i jeszcze jakieś zwierze), oraz kamiennych ołtarzy ofiarnych. Dodatkowo, na placu znajdują sie groby - czasem bardzo świeże - zmarłych mieszkańców.
To co robi naprawdę wrażenie, to fakt, że ludzie tam rzeczywiście stale mieszkają. Nie jest to skansen, tylko żywa wioska, z której wiekszość mężczyzn wychodzi na cały dzień do pracy w polu a kobiety zostają i zajmują się gospodarstwem oraz tkaniem szali.
Starając się nie upiec w tym słońcu, zobaczyliśmy co było do zobaczenia. Złożyliśmy dotację "co łaska" i wróciliśmy do Bajawa.
W Happy Happy znowu nie było wody więc nieco wcześniej niż planowaliśmy ruszyliśmy do Lucasa. Parę piwek i szklaneczek z arakiem ugruntowało dobre humory Atrakcją w sumie były dwie niewiasty: jedna - kelnerka - nadal zerkała z uśmiechem na nas jakby chciala powiedzieć, że już dzisiaj przestraszyć się nie da :)
Druga - klientka chyba z Niemiec - miała tak przerażający wygląd, a w dodatku tak groźnie łypała na Tomka (któremu w końcu nawet zajrzała do talerza!), że tylko kolejne szklaneczki sprawiały, że utrzymywaliśmy strategiczne pozycje za stołem i nie poddaliśmy sromotnie tyłów.
Zresztą, nazajutrz czekał nas wymarsz o 4:00 rano z wioski opodal na najwyższy wulkan Flores.
1. wejście na jeden wulkan
2. wizyta w dwóch wioskach
Alfons zjawił się rano punktualnie i powiódł nas leśną drogą na szczyt wulkanu. Obecnie wygasły, kilkanaście lat temu (bodaj 2002) zaskoczył okolicę swoim wybuchem.
Szło się całkiem przyjemnie, najpierw między zaroślami kawy, potem łąkami i sosno-podobnymi lasami porastającymi szczyt krateru (a raczej kraterów) wulkanu.
To właśnie w czasie tej trasy, Tomasz wpatrując się z namaszczeniem w swoje obuwie, dokonał odkrycia, że zabrał owszem lewy i prawy klapek tyle że każdy z innej pary. Tomaszowi to nie przeszkadzało, klapkom też więc poszli dalej razem z zgodzie :)
Maryla za to wykazywała iście głęboką wiarę w człowieka, konstruując coraz to dłuższe zdania po angielsku, pod kwiecistością których biedny Alfons coraz bardziej się uginał :)
I szliśmy tak sobie przez zupełnie przyjemny lasek, brzegami wulkanów, otoczeni zieloną wyspą... Jak jakaś Drużyna Pierścienia przez Shire :) Kto był elfem, kto krasnoludem a kto czarodziejem - historia rozstrzygnie :)
Świadom tego, że Marek chciał ode mnie w prezencie bryłkę siarki, spróbowałem zejść do wnętrza krateru,ale jaka taka ścieżka urywała sie w połowie zbocza a myśl o zjechaniu w sandałkach na dno krateru nie wydawała sie aż tak atrakcyjna i niestety poddałem się... Może mi Syn wybaczy.
Po spacerku, poszliśmy do drugiej knajpki w Bajawa - z litości nie wymienię nazwy - i to z kolei był jeden ze słabszych posiłków na całej trasie.Dość powiedzieć, że tuż po podaniu "zupy tofu" kucharze skapowali się, że... zapomnieli dodać warzyw (w efekcie podali gorącą wodę z pokrojnym w kostkę tofu :)
Przyjemnym akordem na koniec dnia była wizyta w dwóch "tradycyjnych wioskach". Obie wioski składają się z bardzo prymitwnych drewnianych chat, malutkich chateczek-pomników symbolizujących sakralność męską i żeńską (hardcore był taki, że w fundamentach każdej chatki zamurowuje się żywcem kurczaka, psa i jeszcze jakieś zwierze), oraz kamiennych ołtarzy ofiarnych. Dodatkowo, na placu znajdują sie groby - czasem bardzo świeże - zmarłych mieszkańców.
To co robi naprawdę wrażenie, to fakt, że ludzie tam rzeczywiście stale mieszkają. Nie jest to skansen, tylko żywa wioska, z której wiekszość mężczyzn wychodzi na cały dzień do pracy w polu a kobiety zostają i zajmują się gospodarstwem oraz tkaniem szali.
Starając się nie upiec w tym słońcu, zobaczyliśmy co było do zobaczenia. Złożyliśmy dotację "co łaska" i wróciliśmy do Bajawa.
W Happy Happy znowu nie było wody więc nieco wcześniej niż planowaliśmy ruszyliśmy do Lucasa. Parę piwek i szklaneczek z arakiem ugruntowało dobre humory Atrakcją w sumie były dwie niewiasty: jedna - kelnerka - nadal zerkała z uśmiechem na nas jakby chciala powiedzieć, że już dzisiaj przestraszyć się nie da :)
Druga - klientka chyba z Niemiec - miała tak przerażający wygląd, a w dodatku tak groźnie łypała na Tomka (któremu w końcu nawet zajrzała do talerza!), że tylko kolejne szklaneczki sprawiały, że utrzymywaliśmy strategiczne pozycje za stołem i nie poddaliśmy sromotnie tyłów.
Zresztą, nazajutrz czekał nas wymarsz o 4:00 rano z wioski opodal na najwyższy wulkan Flores.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.