sobota, 9 listopada 2013

Bajawa: wulkan do Moni

Myślałem, że po arakowym wieczorze może być słabo z obudzeniem się przed 4:00, ale żądza przygody podniosła mnie z łóżka na czas. Podobnie Tomka. Natomiast Nagi wymagał wielu zabiegów, żeby powrócić do krainy żywych. Trudno powiedzieć czy był pijany, bo stale wyglądał na lekko nieobecnego, ale zdecydowanie urożony. W każdym razie w zupełnych ciemnościach dowiózł nas do chatki, w której - u stóp wulkany - mieszkał chłop, który miał nas poprowadzić na szczyt wulkanu (kurcze - nie mam pamięci do tych nazw - jakos Eiri? ).

Chłop był na miejscu, wydelegował syna do roli przewodnika i... poooooszli! :)

Pierwszy etap przez wioske i jakieś chaszcze był łatwiutki. Zaraz potem szło się w sposób zbliżony do powiedzmy szlaku w Bieszczadach: lekko stromo, jakieś ścieżynki i trochę na nich kamyków. Dość raźno dawaliśmy do przodu,chociaż - w miarę wstającego słońca - coraz bardziej poważnie prezentowała się pochyłośćwulkanu nad nami. Wrażenie z dołu było takie jakbyśmy podchodzili pod skocznie narciarską i to nie zakosami, ale praktycznie na wprost!

Trochę wyżej roślinność się przerzedziła i zaczął się etap podchodzenia po dość luźnym żwirze pokrytym trawą, w której wydeptano przeróżne ścieżynki. Za chwilę, do krajobrazu dołączyły większe lub mniejsze rozpadliny o głębokości od pół metra do kilku metrów. Stało się jasne, że człapiemy po starym strumieniu lawy, który popękał na tej wysokości a wiatr i deszcze skutecznie mielą go na wulkaniczny pył.

Jakieś 200m od szczytu zaczęliśmy się praktycznie na czworaka wspinać po płaszczu lawy, wypatrując w nim miejsca do postawienia nogi, kamienia, który wyjątkowo by się obsuwał czy też korzenia, którego można by się przytrzymać.

Po chwili wysiłku dotarliśmy do krateru pod samym szczytem. Potężna, głęboka dziura w ziemi robi niesamowite wrażenie.Jak ją sobie wyobrazić wypełnioną w całości gotującą się lawą... Musi być niezłe widowisko.

Przewodnik dał nam odsapnąć (sam skubany ciągnął jak mały samochdzik). Minęła nas dwójka jakichś białasów, schodząca ze szczytu ze swoim przewodnikiem. Po chwili znak do kontynuowania spacerku.

Tym razem zrobiło się naprawdę ciekawie, bo szliśmy ostro do góry, brzegiem caldery, mając po lewej ręce prawie pionową przepaść na jakieś 80m i wystawieni na takie podmuch wiatru, że o ile wcześniej kląłem na swoją wielkość (bo każdy kamień, po którym przewodnik i Tomasz jakoś przechodzili, pode mną się cholerka obsuwał), to tu się cieszyłem, że mnie nie zwieje.
Szliśmy już właściwie gładkim płaszczem zastygłej lawy, znajdując w nim zaledwie tyle dziur, żeby gdzieś wstawić nogę.

Wreszcie - szczyt!

Piękne widoki. Okazuje się, że widać fantastycznie ocean wokół Flores i całkiem pokaźną część wyspy. Przy okazji, jak na dłoni można zobaczyć, co znaczy chartakter wulkaniczny terenu: praktycznie każde wzgórze w zasięgu wzroku jest mniejszym albo większym wulkanem i na czubku posiada charakterystyczne kółko własnego kratertu. Dziesiątki i setki wulkanów...

Szliśmy 2,5h.

Teraz zejście. Obchodzimy kalderę z drugiej strony. Na początku idziemy praktycznie po gładkiej skale. Moje biegowe butki nie są stworzone do takiego terenu. W dodatku są trochę przymałe i po krótkim czasie palce mam już całkiem nieźle otarte. No cóż. Zacisnąć zęby i iść :) Tym bardziej, że jak tu narzekać na własne buty, skoro przewodnik robi całą tę trasę W KLAPKACH!!!! (o tym jeszcze za chwilę).

Przy pierwszej kępie drzew, nasz guide wyciągnął maczetę i... skonstruował nam kije trekkingowe, po prostu wycinając dwa drzewka. Ot, ekologia :) Śmiech śmiechem, ale te kije zaczęły się za chwilę naprawdę mocno przydawać, bo schodzenie po 60-70 stopniowym zboczu, po zwietrzałych kamieniach to nie zabawa. Zresztą, co jakiś czas klapało się na tyłek, bo nogi wyjeżdżały spod ciebie a buty nie chciały trzymać się popiołu i żużlu (a ten skubany przewodnik w klapkach!).

W sumie sytuacje uratował Tomek, który zboczył z tych zwietrzałych skałek na zbocze całkiem luźnego żużlu wulkanicznego.Leżała go tam na tyle gruba warstwa, że po prostu zaczęliśmy się wraz z nim zsuwać. Z każdym krokiem wpadaliśmy pół łydki w żużel i... przesuwaliśmy się o jakiś metr w dół. Trzeba tylko było uważać żeby na siebie większych kamieni nie obsuwać.
A PRZEWODNIK JUŻ NAWET NIE W KLAPKACH TYLKO NA BOSAKA!!!! Widocznie bał się, że klapki mu się zgubią w tym żużlu, bo wziął je w ręce i na boska zagrzebywał się prawie do kolan i tak jechał na swojej kupce żwiru.Niesamowite.

Reszta zejścia minęła bez większych przygód. Słońce zaczęło ostro przygrzewać, ale już mieliśmy niedaleko.

Na szosie okazało się, że Nagiego nie ma :)
Wesoły koleś.Zdaje się, że miał czekać, ale pojechał do hotelu :)

Rodzina naszego przewodnika zaprosiła nas na ławkę przed domem a telefonicznie poprosiliśmy Marylę o ustawienie Nagiego do pionu i wysłanie po nas (o tym za moment).

Siedzieliśmy tak sobie z naszymi gospodarzami na skraju bardzo skromnej chatki. Obserwując jak pani domu pierze w wiadrach, bawi się z psem itp.
Okazało się, że gościnność mają rozwiniętą, bo za chwilę przyniosła kilka szklanek świeżo parzonej kawy (zresztą zrobionej z nasion krzaka rosnącego tuż obok domu).I to było to - kawusia swoje zrobiła i lekko nadwątlone siły zaczęły powracać.
Zdecydowaliśmy się na pozostawienie u nich swoich butów (na mnie za małe a Tomek z jakiegoś powodu też stracił sentyment do swoich człapaków) a przewodnik dostał jeszcze scyzoryk.

Jak tylko wstaliśmy do samochodu, nasi gospodarze zaczęli się mocno śmiać. Myśleliśmy, że może z nas, bo na bosaka szliśmy, ale się później okazało, że mam potężną dziurę w spodniach na tyłku (koszt iluśtamkrotnego zjechania po zboczu) :) - tak to dokonały żywota moje kultowe spodnie wyprawowe, które kupione za 30zł przejechały Tajlandię, Birmę, Jawę,Borneo, Sulawesi aż padły na Flores :)

Jestem autentycznie ciekaw losów naszych butów. Gospodarze się nimi bardzo interesowali.
Były w jeszcze dobrym stanie. Na Tomaszowe może znajdą jakieś zastosowanie, ale moje Nike numer 46 mogą być pewnym wyzwaniem dla małostopych wyspiarzy.


Po powrocie, ciotka opisywała jak Nagiego motywowała do pojechania po nas. Nie był łatwym przeciwnikiem:
- Nagi, what are you doing?
- I need to tak shower?
- How long will it take?
- I don't know.
... i weź tu z takim rozmawiaj :)

w każdym razie dowiózł nas gdzie trzeba i ruszyliśmy w kierunku Moni.

Droga jak droga, ładne widoczki itp. Nagi się śpieszył więc nie zobaczyliśmy Zielonej Plaży(podobno jedyne miejsce wysypane takimi seledynowymi otoczakami, które Flores eksportuje na cały świat - najczęściej do hoteli).

Główną atrakcją było osuwisko.
Setki ton skał zleciały jakieś 7h przed naszym przyjazdem na to miejsce i zablokowały drogę (coś tam nawet była mowa o jednym samochodzie i dwóch motorkach, którym się oberwało). W czasie, gdy my tam dotarliśmy, koparki już kończyły robote i zwalały piach i kamienie do parowu, robiąc przejazd na jedno auto (wahadełko klasyczne, jakbyśmy powiedzieli na CB).
Lokalesi w zasadzie spokojnie czekali, a najbardziej przedsiębiorcze dzieciaki wsadziły w taczkę trochę wody i ciastek i urządziły sklepik obwoźny jadąc tą taczką wzdłuż kilometrowego korka.
Ciekawy był start do dalszej podróży. Na czele korka zgromadziło się kupę motorowerków i start przypominał wielkie zawody motokrosowe (no, z tym że na motokrosie raczej nie startuje się w 5 osób na jednym motorku albo nie wiezie 20 żywych kur przymocowanych głowami w dół) - dziw, że nikt nie spadł.

Do Moni dotarlismy bez przygód dalszych. Za to kolacja, hmm... :)

usiedliśmy w knajpce i Tomasz zamówił kurczaka(ja w ramach odreagowania - spaghetti boolognese :). po jakichś 10 minutach na zaplecze knajpki weszła spokojnie pani trzymająca w rękach żywego kurczaka. spojrzeliśmy na siebie dowcipkując "Tomasz, to dla Ciebie"... w tym momencie zza zasłonki rozległo się żałosne "piii, piii..." i gdy gwałtownie ucichło, stało się jasne, że rzeczywiście przygotowania Tomkowego dania weszły w fazę ostateczną.
Krótko mówiąc, ukręcili temu kurczaku łeb żeby zrobić dla Tomasza potrawę!
Zresztą jak dostałem moje "spaghetti bolognese" to wyszło, że jestem współzbrodniarzem, bo na makaronie pływała fasolka zielona i kawałki kurczaka :)
Dobrze, że nam równocześnie podali "volcano arak", bo całe to jedzenie by nam stanęło w gardle.

Ot takie zderzenie z rzewistością, której na codzień nie widzimy :)
- Skąd się biorą kurczaki?
- Z supermarketu. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.